wtorek, 19 kwietnia 2011

Cool song, bro

Jednym z moich głównych codziennych zajęć, wypełniających czas zyskany na odkładaniu w nieskończoność zadań na uczelnię, jest słuchanie sporych ilości muzyki. Nie jest to na pewno wyszukane, gdyż każdy z nas ma w sobie nieco melomana, a każda robota idzie szybciej do przodu z odpowiednim soundtrackiem. Mam grono moich najukochańszych wykonawców, którzy w moim sercu mają specjalne miejsce - jednak największą radość sprawia mi odnajdowanie perełek i nieustanne wzbogacanie mojej biblioteki. Miewam takie szalone dni, gdy mam otwarte piętnaście youtubowych okienek naraz i przesłuchuję dziesięć nowych albumów.

Również wielką przyjemnością jest dla mnie mówienie, dyskutowanie, wymienianie opinii o muzyce. Gdy mam okazję rozmawiać z kimś, kto ma choć odrobinę podobny gust do mnie i chęć do konwersacji, jestem w niebie. Fakt, że istnieje wtedy prawdopodobieństwo zagadania rozmówcy na śmierć;) Dlatego przyszło mi do głowy, że będę co jakiś czas pisać o różnych moich nowych odkryciach, albo i starych miłościach tutaj, gdzie każdy mnie może w dowolnej chwili wyłączyć.

Czyli krótko mówiąc, co mi ostatnimi czasy w duszy gra najintensywniej. Zazwyczaj słucham całych albumów, tutaj zaprezentuję moje ulubione ich fragmenty:)

1. Lykke Li "I Know Places"
Czysta magia ze strony ślicznej śpiewającej Szwedki. Mam szczególną słabość do miłych pań ze Skandynawii, a Lykke ma w sobie coś magnetycznego i poruszającego.
Jej najnowszy album "Wounded Rhymes" z początku mi się nie spodobał, ale szybko się opamiętałam i poddałam jej czarowi. Jest dużo dojrzalszy od poprzedniego - to wyraźnie dzieło młodej kobiety, podczas gdy "Youth Novels" było właśnie takie jakby... nastoletnie. I ta północna nostalgia, brzmiąca w każdym dźwięku, nieziemski - nietypowy i bardzo charakterystyczny głos i marzycielskie teksty...


2. James Blake "Limit To Your Love"
Jestem nieogarnięta i opóźniona, na Blake-owy szał załapałam się dopiero teraz, kiedy, z tego co mi się udało zorientować, już nie jest cool go lubić. Niestety dla mnie jest to zupełnie awykonalne! Nie wiem sama co mnie najbardziej urzeka - delikatne pianino skontrastowane z gniotącym basem wskakujące około 50 sekundy, głos z uroczym akcentem, melancholijny nastrój? Leslie Feist lubię i cenię, ale tutaj muszę być wredna i przyznać że cover Jamesa dużo bardziej mi przypada do gustu niż oryginał. Magii ciąg dalszy! Aż wstyd że jeszcze się nie zapoznałam z wcześniejszymi nagraniami Blake'a.


3. Mari Boine "Vuoi Vuoi Mu"
Bardziej melancholijnie i skandynawsko być nie może! Mari jest Laponką i przypuszczam, że wśród przodków ma nordyckich bogów, bo niesłychane rzeczy potrafi zawrzeć w swej przejmującej muzyce. Gdy jej słucham, odżywa moje marzenie by rzucić to wszystko w diabły i zamieszkać na północy z reniferami ;) nie potrafię wybrać ulubionej piosenki więc zamieszczam tę, która jest pierwsza na mojej playliście.


4. Manic Street Preachers "Your Love Alone Is Not Enough"
Taak.. moje opóźnienie sięga nieznanych wcześniej nizin. Zachwyciłam się nagle piosenką, którą znam od kilku lat, mało tego, zespołu który ma spory i wartościowy dorobek artystyczny... czuję się jakbym znowu miała 13 lat i uważała się za fankę Nirvany, bo słucham "Smellsa" :P koniecznie muszę odrobić braki w znajomości dyskografii Manicsów a tymczasem po raz kolejny dziś kawałek gitarowej radości:


5. He Is Legend "...Best In Mexico"
Mały powrót do przeszłośći! 2-3 lata temu słuchałam niemal wyłącznie emo/screamo/hardcore'u i takich tam (nie pytacie mnie co znaczy co i czym się różni bo jestem zupełnie beznadziejna w szufladowaniu muzyki) i to był jeden z moich ulubionych zespółów. Przypomniało mi się przedziwnie przy Manicsach bo ten kawałek też mi się w dziwny sposób wydaje radosny. No i nieustannie mnie zadziwiają i niszczą kompletnie absurdalne ich teksty ;)


6. Genesis "Calling All Stations"
Duży powrót do przeszłości! To chyba jeden z ulubionych albumów moich rodziców, wnioskując po tym jak często był grany w moim domu. Może dlatego, gdy słyszę "Genesis" pierwsze co mi przychodzi do głowy to niesamowity głos Wilsona, a przecież sporo osób w ogóle go pomija mówiąc o tej grupie (na last.fm na ich profilu nie ma o nim żadnej wzmianki). Jego album z Genesis jest potężnie niedoceniany! Gabriel i Collins to legendy i nie sposób tego kwestionować, zresztą obu ich również bardzo lubię, ale w moim rankingu Wilson rządzi. Znowu nie mogę się zdecydować na piosenkę, więc wybieram tytułową ;)



To by było tyle na dzisiaj, i tak się szalenie rozpisałam. Przypuszczam, że to nie ostatnia notka tego typu. Tymczasem do następnego razu:)

środa, 13 kwietnia 2011

Silver cage

Ciężko nieco mi zacząć pisanie pierwszego posta od trzech lat. Trochę się w tym czasie w blogosferze zmieniło... internet jednak, niczym papier, zniesie wszystko, więc mogę równie dobrze napisać totalne głupoty. Wszakże ma to być nic więcej niż rozgrzewka.

A kiedyś poświęcenie się pisaniu było moim największym marzeniem...

W końcu zaakceptowałam fakt, że mój talent nie jest wystarczający, ale nie powstrzymało mnie to od nieustannego tworzenia, mniej lub bardziej udanego.

Z sentymentem wspominam czasy, gdy prowadziłam trzy blogi, wszystkie aktualizowałam na bieżąco, dbając o formę i treść, ponadto prowadziłam papierowy pamiętnik, potrafiąc zasmarować nawet kilkanaście stron dziennie... Najlepiej szło mi pisanie na nudnych lekcjach, z tego co pamiętam. Pisałam fanfiction i własne opowiadania... Biedne to było w większości i niewielką wartość samą w sobie przedstawiające, ale dla mnie ta pisanina była niczym najdroższy skarb, była moją siłą, moją odskocznią, moją pasją, moją osłoną przed światem. Radością, której nikt mi nie mógł odebrać. Nadzieją, że kiedyś coś zaskoczy i wpadnie mi do głowy ta oryginalna myśl, która wszystko zmieni i stworzę coś naprawdę wartościowego...

Z czytaniem też nienajlepiej. Pomyśleć, że w liceum i gimnazjum najczęstszym powodem zarywania przeze mnie nocy, zawalania sprawdzianów i innych tego typu wypadków było zasiedzenie się nad książką. Gdybym nie odkryła Forum Mirriel pod koniec drugiej klasy LO, moja średnia na pewno prezentowałaby się wtedy dużo lepiej. Każdy kawałek słowa pisanego przyciągał mój wzrok i cały czas podsycał marzenie, by kiedyś i swój tekst ujrzeć w druku.

A tymczasem jak to wygląda teraz? Wstyd się przyznać.

Mniej więcej przed maturą jakoś dziwnie wpadłam w taką pustkę, taką fejsbukowo-serialowo-kolorowomagazynową pustkę, na pozór przyjemną ale smętną i nużącą, krępującą i znieczulającą. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale ten stan jest ciężki do otrząśnięcia. Co jakiś czas miewałam przebłyski, coś na kształt ocknięcia, gdy przez pół dnia lamentowałam nad tym, jakim nieciekawym stworzeniem się stałam, a potem znowu pogrążałam się w mojej ciepłej, przytulnej, mdłej próżni. Trwało to chyba do połowy drugiego roku studiów... W pewnym sensie trwa do tej pory...

Ale chyba trochę bardziej już ogarniam.

W pewnym momencie wiązałam to z tym, że studiuję niewłaściwy kierunek, męczę się i w ogóle nie realizuję, ale ostatnio doszłam do wniosku, że to nie o to chodzi, moje studia wreszcie zaczęły mi się podobać (mimo że przyprawiają mnie nieustannie o wręcz potworny stres), co więcej, niektóre ich aspekty pasjonować. Mam zamiar uchwycić się tego i może to mnie wywinduje chociaż trochę bliżej powierzchni i złapię nieco tlenu, a potem może i wiatru w żagle. Jakieś światełko z nadzieją gdzieś może tam jest dla mnie.

Kończę tę nudną notkę bo w zasadzie już dawno powinnam spać, nie bardzo mogę sobie pozwolić na zaspanie po raz kolejny na zajęcia;) tak sobie myślę że raczej chyba nie będę pisać takich rzeczy "z wnętrza" bo chyba minął już czas dla tego typu blogów; internet to niezbyt dobre miejsce by eksponować swoje co wrażliwsze miejsca. Ale jak już wspominałam, trochę się pozmieniało, i chwilkę mi pewnie zajmie zaadaptowanie.

Mam kilka całkiem konkretnych, ciekawych, choć może nie nowatorskich pomysłów, które chciałabym wcielić życie... oby te ruchome piaski znów mnie nie wciągnęły. Jeśli za kilka dni nie pojawi się tu nic nowego, należy się skontaktować z kimś kto ma ze mną bezpośredni kontakt na codzień i polecić zasadzenie mi konkretnego kopa w dupę (polecam tutaj szczególnie moją niezrównaną współlokatorkę).

Nie chciałabym się w końcu tak zupełnie zmarnować. Pewnie nie byłoby to jakąś wielką szkodą dla ludzkości... Ale nie chciałabym.

PS Wybaczcie ten trochę smieszny layout ale powstawał na szybko; postaram się coś z tym zrobić jak najszybciej.