środa, 13 kwietnia 2011

Silver cage

Ciężko nieco mi zacząć pisanie pierwszego posta od trzech lat. Trochę się w tym czasie w blogosferze zmieniło... internet jednak, niczym papier, zniesie wszystko, więc mogę równie dobrze napisać totalne głupoty. Wszakże ma to być nic więcej niż rozgrzewka.

A kiedyś poświęcenie się pisaniu było moim największym marzeniem...

W końcu zaakceptowałam fakt, że mój talent nie jest wystarczający, ale nie powstrzymało mnie to od nieustannego tworzenia, mniej lub bardziej udanego.

Z sentymentem wspominam czasy, gdy prowadziłam trzy blogi, wszystkie aktualizowałam na bieżąco, dbając o formę i treść, ponadto prowadziłam papierowy pamiętnik, potrafiąc zasmarować nawet kilkanaście stron dziennie... Najlepiej szło mi pisanie na nudnych lekcjach, z tego co pamiętam. Pisałam fanfiction i własne opowiadania... Biedne to było w większości i niewielką wartość samą w sobie przedstawiające, ale dla mnie ta pisanina była niczym najdroższy skarb, była moją siłą, moją odskocznią, moją pasją, moją osłoną przed światem. Radością, której nikt mi nie mógł odebrać. Nadzieją, że kiedyś coś zaskoczy i wpadnie mi do głowy ta oryginalna myśl, która wszystko zmieni i stworzę coś naprawdę wartościowego...

Z czytaniem też nienajlepiej. Pomyśleć, że w liceum i gimnazjum najczęstszym powodem zarywania przeze mnie nocy, zawalania sprawdzianów i innych tego typu wypadków było zasiedzenie się nad książką. Gdybym nie odkryła Forum Mirriel pod koniec drugiej klasy LO, moja średnia na pewno prezentowałaby się wtedy dużo lepiej. Każdy kawałek słowa pisanego przyciągał mój wzrok i cały czas podsycał marzenie, by kiedyś i swój tekst ujrzeć w druku.

A tymczasem jak to wygląda teraz? Wstyd się przyznać.

Mniej więcej przed maturą jakoś dziwnie wpadłam w taką pustkę, taką fejsbukowo-serialowo-kolorowomagazynową pustkę, na pozór przyjemną ale smętną i nużącą, krępującą i znieczulającą. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale ten stan jest ciężki do otrząśnięcia. Co jakiś czas miewałam przebłyski, coś na kształt ocknięcia, gdy przez pół dnia lamentowałam nad tym, jakim nieciekawym stworzeniem się stałam, a potem znowu pogrążałam się w mojej ciepłej, przytulnej, mdłej próżni. Trwało to chyba do połowy drugiego roku studiów... W pewnym sensie trwa do tej pory...

Ale chyba trochę bardziej już ogarniam.

W pewnym momencie wiązałam to z tym, że studiuję niewłaściwy kierunek, męczę się i w ogóle nie realizuję, ale ostatnio doszłam do wniosku, że to nie o to chodzi, moje studia wreszcie zaczęły mi się podobać (mimo że przyprawiają mnie nieustannie o wręcz potworny stres), co więcej, niektóre ich aspekty pasjonować. Mam zamiar uchwycić się tego i może to mnie wywinduje chociaż trochę bliżej powierzchni i złapię nieco tlenu, a potem może i wiatru w żagle. Jakieś światełko z nadzieją gdzieś może tam jest dla mnie.

Kończę tę nudną notkę bo w zasadzie już dawno powinnam spać, nie bardzo mogę sobie pozwolić na zaspanie po raz kolejny na zajęcia;) tak sobie myślę że raczej chyba nie będę pisać takich rzeczy "z wnętrza" bo chyba minął już czas dla tego typu blogów; internet to niezbyt dobre miejsce by eksponować swoje co wrażliwsze miejsca. Ale jak już wspominałam, trochę się pozmieniało, i chwilkę mi pewnie zajmie zaadaptowanie.

Mam kilka całkiem konkretnych, ciekawych, choć może nie nowatorskich pomysłów, które chciałabym wcielić życie... oby te ruchome piaski znów mnie nie wciągnęły. Jeśli za kilka dni nie pojawi się tu nic nowego, należy się skontaktować z kimś kto ma ze mną bezpośredni kontakt na codzień i polecić zasadzenie mi konkretnego kopa w dupę (polecam tutaj szczególnie moją niezrównaną współlokatorkę).

Nie chciałabym się w końcu tak zupełnie zmarnować. Pewnie nie byłoby to jakąś wielką szkodą dla ludzkości... Ale nie chciałabym.

PS Wybaczcie ten trochę smieszny layout ale powstawał na szybko; postaram się coś z tym zrobić jak najszybciej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz